Menu

Magazyn zdarzeń

Zapiski człowieka z płotu.

Polska Q

magazynzdan

polska qPoniższy tekst nie jest polityczną czy społeczną analizą. To kilka obserwacji i wniosków, jakie pojawiają się w głowie kogoś, kto nadal pilnuje nieostrej linii, za którą jest aktywna polityka. A w nią angażować się nie chce. Nie mam złudzeń, co do zasięgu tych akapitów, ale wdzięczny będę za krytyczne współmyślenie.

Różnorodność

Ktoś może się skrzywi, że zaczynam od różnic, ale one są i pokazują przede wszystkim wielorakość dzisiejszych protestów. A tam, gdzie widać problemy, warto o nich głośno mówić: krytyczne myślenie i oceny nie są atakiem, ale zaproszeniem do rozmowy o jakości działania.

Znana jest retoryka PiS, wedle której przeciwnicy partii Jarosława Kaczyńskiego to albo durnie dający sobie wszystko wmówić, albo ci, którzy tracą teraz jakieś przywileje. Tertium non  datur. Po tamtej stronie nie ma możliwości innej, niż kochać PiS lub nienawidzić. Kochają prawi, a głupi i złoczyńcy – nienawidzą. Własna droga jednak jest możliwa i prosta – myślenie. To patrzenie na świat i politykę poprzez wartości, a nie władzę daje jakieś przeświadczenie, że przekroczenie linii przyzwoitości i świństwa jest tak samo złe, kiedy robi to prawica, lewica, jednostka i wspólnota. Tyle, że z myślącymi nie wiadomo, co zrobić. Nie gryzą PiS-u dla zabawy, ale też nie kochają do szaleństwa jego wrogów. A kiedy nie wiadomo, co zrobić z żyrafą, najlepiej udać, że nie istnieje. Tak jest po stronie rządowej. 

Mógłbym, ale nie idę po jednym chodniku z KOD-em. Nie widzę, żeby miał jakiś realny pomysł na to, co zrobić za miesiąc czy rok. Z rozmów, jakie przeprowadziłem w ostatnim tygodniu jasno wynika, że nawet sympatycy ruchu jasno ten sam problem widzą. Selektywnie więc podchodzę do integrowania się z hasłami skandowanymi na protestach (choć na zewnątrz żadnej różnicy to nie robi). Nie jestem też sympatykiem PO, zresztą w ogóle żadnej plakietki nigdy nie przypinałem. Piszę to na wypadek, gdyby ktoś mnie posądzał o ten czy inny skręt polityczny. Nie da się. Ale też nie mogę pominąć prostego faktu, że funkcjonowanie Komitetu ułatwia organizację manifestacji, a jego półformalna natura nie odstrasza do końca tych, którzy nie noszą żadnych barw, ale tu są w stanie manifestować nawet z politykami opozycji, do których na co dzień wielkiej sympatii nie czują. Dobrze więc, że KOD działa, choćby jako bufor chroniący oddzielność obywateli i polityków, jako platforma niewykluczająca nikogo o demokratycznych przekonaniach, włącznie z zawiedzionymi lub zaniepokojonymi sympatykami PiS.   

Relacje

Nikt chyba już dziś nie nosi w sobie naiwnego przekonania, że zebrani pod Sejmem mieszkańcy, politycy i aktywiści to jedno środowisko motywowane tymi samymi celami. Wiadomo, że politycy mniej lub bardziej sprawnie wykorzystują całą sytuację również dla własnych potrzeb wyborczych. Są jednak sytuacje, w której poszerzamy marginesy ideowych sąsiedztw i z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia dziś. Zagrożone zostały swobody demokratyczne, na które opozycja musiała zareagować, a aktywiści społeczni w naturalny sposób podjęli animowanie protestów. Poza tym jednak, nawet ludzie zupełnie odcięci od polityki poczuli w sobie pęknięcie wywołane arogancją i agresywnym wtłaczaniem ideologii w życie ich i ich bliskich. Została przekroczona granica swobody już nie tylko obywatelskiej, ale ludzkiej. Państwo pokusiło się o naginanie sumień, a to dla wielu ludzi jest ostatnia granica tolerowania obecności polityki w życiu codziennym.

obrazek_z_blokady_sejmu_1Co jednak po drugiej stronie? Dla części ludzi o poglądach konserwatywnych obecne rządy są gwarantem utrzymania ich dobrego samopoczucia opartego na poszerzającej się zgodności obyczaju i prawa z ich przekonaniami i przesądami. Im jednak, kiedy byli w opozycji, nikt nie bronił żyć według ich wartości. Nie było nakazu aborcji, kioski były zawalone prawicową prasą, internet był znakomicie wykorzystywany przez media i fora tamtej strony, a konserwatywni publicyści i politycy byli obecni w ramówkach i audycjach, chyba że sami z nich rezygnowali, bo ci dziennikarze tacy nieznośni. Jednocześnie prawica przyjęła narrację, jakby tego wszystkiego nie było i identyfikują się jako ciemiężona większość. Absurd, ale chwytliwy. 

Po dojściu do władzy PiS zapadł na rozdwojenie podobne do tego, które przeżywał Kościół katolicki po ’89 roku: mają ogromne wpływy, do których doszli dzięki demokratycznym procedurom. Jednocześnie jednak nie potrafią się pogodzić z miejscem, które zajęli. Chroniczne poczucie zagrożenia, wynikające z kompleksów i nieprzetrawionych do końca idei, podlewane wciąż resentymentami, prowadzi do samonapędzającego się dążenia kitowania rzeczywistości ideologią. Część konserwatystów niby wie, że dopuszczenie prawne spornych kwestii nie skończy się powszechnym korzystaniem z tych dopuszczeń, ale... na wszelki wypadek zakażmy związków innych niż heteroseksualne małżeństwa, bo jeszcze naród zacznie wiązać się z hipopotamami (przepraszam hipopotamy). I tak dalej, i tym podobnie.

Ciągle poczucie zagrożenia, strachu przed karą, potrzeba zemsty, przekonanie o zbawczej misji i wiele innych przykrywek, każe uszczęśliwić innych na siłę. I tu jest granica, której przekroczenie spowodowało nie opór polityczny, ale społeczny i całkiem prywatny. To przecież stało u podstaw "czarnego protestu" i strajku kobiet. To tamten poniedziałek wyzwolił energię, dzięki której - być może - wydarzenia pod sejmem z grudnia są możliwe. 

Problem w tym, że strona rządząca być może nadal w ten opór nie wierzy. A musi właśnie wierzyć, bo wiedza nie jest czymś, co jest tam cenione. Z wiedzą można dyskutować, wiedzę można podważać i dzięki wiedzy możliwa jest realna zmiana. Realna, czyli taka, która wie co, jak, kogo, dla kogo, w jakim czasie i dlaczego zmienia. Tymczasem zmiana polegająca w takiej skali na wierze w słuszność przekonań jest czystą przemocą wobec tych, którzy potrzeby zmiany nie odczuwają. I w tym horyzoncie świat zwyczajnie musi dzielić się na wiernych i heretyków. Na zbawców z urojenia i zdrajców z nominacji.

To jedna z ważnych granic demokracji. Dla polityków opozycji jednak jest ona ruchoma i niechętnie wypowiadana do końca, czyli ze świadomością konsekwencji dla ich przyszłych działań. Dlatego w tej sytuacji to na obywatelach i aktywistach spoczywa w ogromnej mierze odpowiedzialność za działania.       

Lider

Rzecz w tym, że tłum zaangażowanych ludzi potrzebuje lidera. Nie po to, by ktoś za nich myślał, nie po to, by ich wodził, gdzie chce i nie po to, by zostawić, kiedy osiągnie swój cel. Potrzebny jest ktoś, kto znajdzie równowagę między różnicami i pozwoli im być. Ktoś, kto zjednoczy opozycję, ale przede wszystkim będzie potrafił przeprowadzić przez krytyczne momenty zmiany ludzi niezależnie od tego, czy afirmują się partyjnie, czy po prostu mają dość zagrożenia dyktaturą. Zdecydowana większość ludzi jednak jest zmęczona zmianami i jeśli ktoś po tym czy innym przesileniu nie zaproponuje spójnej wizji i rozwiązań, rozżalenie będzie większe, niż teraz gniew. Ludzie stali na Wiejskiej w mroźne dni i noce nie po to, by obalić rząd, lecz po to, by obudzić się w kraju stabilnej demokracji. A to wymaga strategii i lidera, który weźmie ciężką odpowiedzialność nie tylko za zmianę, ale i za jej jakość. Bo to jakość jest stawką, nie bunt. Wygraną nie jest ucięcie zapędów dyktatorskich, lecz treść demokracji po wyborach. 

Niektórym wydawało się, że takim liderem może być przywódca KOD-u, widać jednak, że to się nie wydarza. Z całym szacunkiem i bez satysfakcji – minęło wystarczająco dużo czasu, by zweryfikować dotychczasowe przywództwo ruchu. Nie wystarczy ogólna idea i pomysł na działanie. Nie wystarczy ściągnięcie sympatyków. Nie wystarczy stać z mikrofonem, żeby umieć prowadzić i zarządzać energią ludzi (swoją drogą, jedyny okrzyk, który wyrwał się z mojej wątłej piersi pod nocnym sejmem 16-go grudnia, był skierowany właśnie w stronę Mateusza Kijowskiego, kiedy bezceremonialnie przerwał zaintonowany przez ludzi hymn narodowy, żeby przedstawić Romana Giertycha, który zresztą potem sam zaproponował, by wrócić do hymnu -  drobnostka techniczna może, ale niejedna i zniechęcająca).

Na tym etapie, kiedy ludzie pytają „co dalej?”, trzeba umieć nie tylko kwestionować rzeczywistość, ale również odpowiadać na pytania o nią i stawiać rozwiązania. Trzeba umieć wyczuć i rozwinąć nastroje intensywniej, niż jest to robione teraz. Po prostu – nie przekreślając zasług i pozycji – trzeba o wiele większego przygotowania, doświadczenia i charyzmy. Problem w tym, że w Polsce po stronie demokratów charyzma zaczyna się od Frasyniuka w górę (zresztą wąska ta góra bardzo). A że Władysław z Wrocławia podkreślał dotąd lojalność w stosunku do założyciela KOD-u, nie można mieć wielkich nadziei na takie rozwiązanie. Chyba, że w końcu mamy do czynienia ze środowiskiem, w którym lojalność i przyjaźnie nie gaszą rozsądku, a zmiany nie oznaczają otwarcia konfliktu. Wtedy możliwe, że niebawem nie tylko KOD, ale korzystający z jego gościnności demokraci zyskają lidera, jakiego sytuacja wymaga. Zwłaszcza, że wokół podestów, na których stoją demokratyczni liderzy, zbierają się ludzie oczekujący i nauczeni krytycznego myślenia. Można by było się o tym rozpisywać, ale ograniczę się do jednego przykładu.

…i rozumiem

Sprzeciw wobec próby ograniczania roli mediów nie wziął się znikąd, był możliwy, bo został wybudowany cały kontekst. Jednym z najważniejszych kawałków puzzli stała się tu sytuacja radiowej Trójki - radia budowanego od dziesięcioleci jako medialny ogródek inteligencji. Nie akademików, ani nawet wykształconych, lecz ludzi, którym nie wystarcza świat czarno-biały, którzy dwuwymiarowych odwzorowań z newsroomów nie mylą z wielowymiarową rzeczywistością. Nie chodzi o to, że inne media nie mają takich odbiorców. Do Trójki jednak, po obu stronach głośników, przychodzili właśnie dlatego, że TO JEST takie miejsce. Próba rozkopania tego ogródka spotkała się z niespotykanym dotąd sprzeciwem słuchaczy. Dlaczego? Nie tylko przez sentyment, lecz – jak sądzę – przez poczucie przynależności do pewnego świata wartości. I to nie przypadek, że na znak protestu Słuchacze Trójki wybrali w Topie Wszechczasów utwór Chłopców z Placu Broni. Mogło być coś buntowniczego lub marzycielskiego. Trójkowicze wybrali wolność, którą się kocha, ale i rozumie

Niestety, w gorączce ostatnich dni obserwowałem, z jaką niechęcią można podchodzić do myślenia o tym, co się dzieje. „Nie czas na seminaria!”, „Dość filozofowania!”, „Teraz trzeba walczyć!” – pokrzykują politycy i polityczni wannabes. Obawiam się, że może i w głowach części protestujących słychać te same hasła. Wszystkim im polecam lekturę najnowszej historii. Tam, gdzie udawało się stworzyć coś trwałego – akcję poprzedzała i towarzyszyła jej refleksja. Tak działała opozycja od ’53 roku. KOR działał skutecznie również dlatego, że jego członkowie chcieli widzieć sprawy poza dziś i jutro. Trzeba było przewidywać kolejne ruchy, żeby całości w trzy dni nie skasowała esbecja. „Solidarność” nieprzypadkowo wydzwaniała Kuronia, Geremka czy Mazowieckiego, bo stworzyć zespół ekspertów. Znienawidzeni przez radykałów, pozwalali jednak tamtemu ruchowi przetrwać skutecznie i to w dużej mierze ich zasługa, że „Solidarność” przetrwała.

Jeśli politycy i aktywiści nie pójdą po rozum do głowy i nie zaczną na głos i publicznie, myśleć o jakości konsekwencji zmian, jakie chcą przeprowadzić – cały potencjał pójdzie wniwecz.  

Polska Q

Czy jest możliwa Polska jakości? Polska ze znaczkiem Q? Czy, za Kuroniem i Tischnerem, demokraci spod szyldów i nie-szyldów, potrafią budować działanie na myśleniu według wartości? Czy dwadzieścia pięć lat oduczyło nas strachu przed wolnością swoją i innych? Czasami myślę, że nie. Bo przecież... 

Żyjemy w kraju zblazowanych marzycieli demokracji. Przesiadują od jakiegoś czasu na spotkaniach grzejąc się we własnym cieple, utyskując na troglodytów na marszach niepodległości i w internecie. Przypomina to trochę zacne i zasłużone realnie salony czy kluby, w których delegalizowane redakcje przeczekiwały okres przed Odwilżą lub stan wojenny. Tyle, że świat przyspieszył, a ludzie – na szczęście! – po ostatnim ćwierćwieczu nabrali normalnego apetytu. Na życie, nie dietę w kryjówkach. Ci, którzy stali się symbolami niepodległości mają szansę uzupełnić i w jakimś sensie dopełnić swoje publiczne życiorysy dziś i w najbliższych latach. Muszą jednak wziąć na poważnie zmiany, których stali się sprawcami. To nie jest czas powrotu do ich doświadczeń. To jest czas, w którym zweryfikują się autorytety. Jedni przejdą do książek na bibliotecznych półkach, inni do pamięci ludzi dłuższej niż ta czy inna zmiana polityczna.

Żyjemy w kraju wrzeszczących dogmatów. W kraju definiowanym jako katolicki zniszczono dorobek Wyszyńskiego, Wojtyły, Tischnera, a nawet Glempa. Robili to biskupi i księża z ambon przy biernym udziale wiernych, którzy nie upomnieli się ani o sensowną katechezę, ani o przyzwoitość. Więc tkwimy w złudzeniach o potencjale polskiego katolicyzmu w sferze publicznej. Jeśli taki jest dziś, to niestety raczej potencjał bata, niż miejsca inspiracji.

I żyjemy w kraju, który musi zrzucić z pleców historię nie tylko starych, ale i nowych podziałów i przymierzy, bo one niewiele rozumieją z tego, co się wydarza. A jedyną manifestacją, której mi brakuje, to ta bez transparentów, w sylwestrowy czy inny wieczór, pod miejskimi zegarami, które uparcie prą do przodu. Manifestacja przywiązania do przyszłości. Tylko w przyszłość można przenieść i posilać się historią. W drugą stronę to nie działa, bo przyszłość musi się wydarzyć, żeby mogła sycić, a zakotwiczona w przeszłości nie potrafi się wykluć.

Ale może jednak...

Ktoś powie, że to wszystko idealizm. Cholera wie, być może. Może idealizmem jest Polska sporów historycznych bez zawłaszczania historii, jej aktorów i symboli. Polska czytająca Żeromskiego, Dmowskiego, Sienkiewicza i Gombrowicza ze zrozumieniem, że czas mija, idee się weryfikują, a odrzucenie części nie oznacza przekreślenia całości. Polska różnorodna, nieugłaskana, zadziorna, ale świadoma. Polska, która żyje i pozwala żyć – a nie skazuje na czyjąś wizję życia.

Nie piszę tu o codzienności – bo Polska ludzi przedsiębiorczych, solidarnych z nieprzedsiębiorczymi, Polska ciekawa i sąsiedzka istnieje i istniałaby bez polityki. Tak jak dobro istnieje bez religii. To jednak z polityką musimy się dziś zmagać. A jeśli nie chcemy dać się zepchnąć do zmagań ręcznych, musimy zacząć myśleć strategicznie, programowo i wziąć odpowiedzialność za myślenie nawet, jeśli ostatnie kilka dni to ujarzmianie emocji. 

Tischner mówił pięknie: myślenie pozwala być. Jeśli to jest idealizm, to żyję w nieskończenie beznadziejnym świecie.  

 

 

 

 

© Magazyn zdarzeń
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci